Dlaczego nas nie lubi

Artykuł napisany przez naszego Kolegę Wojtka Bołoza i opublikowany w Braci Łowieckiej nr 10/2011.

Zachęcam do przeczytania. Problem poruszony przez Kolegę Wojtka boli nas wszystkich.

Wojciech Niedźwiedziński

 

Dlaczego nas nie lubią?

Oto jest pytanie. Z wielu dotyczących współczesnego łowiectwa – absolutnie kluczowe. Cieszę się, że wreszcie kiełkuje pod kapeluszami polskich myśliwych, choć to wciąż bardzo wąska grupa. Jednak dająca promyk nadziei. To pytanie wyznacza pewien kierunek myślenia o łowiectwie. Określmy go mianem „refleksyjny”. Stanowi również rewolucyjną zmianę w dotychczasowym podejściu do coraz intensywniej artykułowanej niechęci wobec naszego środowiska. Osobiście nie mogę uznać się za rewolucjonistę, bo jeszcze do niedawna sam nie rozumiałem przyczyn owej antypatii. Jednak miałem szczęście spotkać kogoś, kto otworzył mi oczy, za co jestem bardzo wdzięczny. Dlatego też, niejako przejmując pałeczkę, postanowiłem podzielić się zdobytą wiedzą z myśliwską bracią.
    
Póki co można powiedzieć, że jako środowisko mamy więcej szczęścia niż rozumu. Szczęścia, bo Polska pod względem różnorakich konfliktów angażujących łowiectwo jest wciąż – używając ulubionego zwrotu Premiera - zieloną wyspą. Po jednej stronie znajduje się niewielkie, hermetyczne, jednak zorganizowane grono myśliwych, na przeciwnym biegunie mamy do czynienia z rozproszonymi, aczkolwiek głośnymi grupkami naszych oponentów. A wszystko to przy morzu społecznej obojętności. Jednak atmosfera powoli gęstnieje. Informacje, które za pośrednictwem mediów docierają do „statystycznego odbiorcy”, w miażdżącej większości przypadków kształtują negatywny wizerunek myśliwego. Ale przede wszystkim zmieniło się coś jeszcze. To „coś” cały czas umyka naszej uwadze. Dlatego też reakcja na teksty Zenona Kruczyńskiego, Tomasza Matkowskiego, prof. Magdaleny Środy, działań Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot, czy programów w TVN, pozostaje niemal identyczna. Bezrefleksyjna. Nad próbę poznania przyczyn owego zjawiska, przedkładamy pyskówki. Nie tędy droga. Pokażmy, że wyraz „myśliwy” wywodzi się od czasownika „myśleć”.

Więc dlaczego nas nie lubią? O co tak naprawdę chodzi?

Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Niektóre są w zasięgu naszych oddziaływań, na inne niestety nie mamy wpływu.
Postaram się przedstawić te najważniejsze.

Po pierwsze, brak tudzież niedostateczny poziom edukacji oraz promocji łowieckiej, czego bezpośrednią konsekwencją jest występowanie zjawiska określanego terminem Syndromu Bambi. Objawia się on wypaczonym odbiorem otaczającej nas rzeczywistości, w którym racjonalne myślenie ustępuje wizji cukierkowej, samoregulującej się przyrody. Myśliwy w tym świecie jest wyłącznie barbarzyńcą. Klasyczny przykład Bambizmu stanowi  wypowiedź prof. Magdaleny Środy w felietonie dla tygodnika „Wprost”: „największą miarą barbarzyństwa jest jednak myślistwo. Bo tu zabijanie dla zabijania jest przedmiotem przyjemności i chwały. Zabija się w sposób wyrafinowany, w czasie wolnym, radośnie kontemplując przyrodę. Zabija się w pojedynkę, zbiorowo, często z nagonką. Potem obcina się „trofea", pije wódkę i miesiącami opowiada znajomym o własnej dzielności. Obiekty mordu wystawia na pokaz (w salonie, na zdjęciach). Nie znam większego współczesnego barbarzyństwa usankcjonowanego prawnie i uważam, że ci, którym sprawia przyjemność zabijanie dla zabijania, powinni się leczyć...”. To właściwie esencja problemu, fantastyczny materiał do analizy i zarazem cenna wskazówka dla myśliwych. Przede wszystkim pani Środa nie widzi potrzeby istnienia łowiectwa. Tym samym nie rozumie na jakich zasadach ono funkcjonuje. Pozostałe elementy układanki, stanowiące zresztą koronne argumenty Bambistów - zabijanie wyłącznie z chęci i dla przyjemności, hobbistyczno-rozrywkowy charakter myślistwa oraz epatowanie śmiercią, czyli trofeistyka – to pochodne. Oczywiście ich przyczyny są bardziej złożone, o czym poniżej.

Po drugie, postępująca uniwersalizacja wartości - charakterystyczna dla ruchów lewicowych. Dzięki niej zmienił się status zwierząt –  zostały im przyznane prawa (obecnie stopniowo rozszerzane), obserwujemy nieustanny proces ich uczłowieczania. Znów pani Magdalena Środa doskonale wpisuje się w ten nurt. Takie podejście wynika głównie                   z podważenia nauk Kościoła, zaś z punktu widzenia myśliwego, najważniejszą jego konsekwencją jest rozciągnięcie  przykazania „nie zabijaj” do granic absurdu. Dzikie zwierzęta są tym chętniej wpychane pod ów „dekalogowy parasol ochronny”, gdyż – jak już wspomniałem - ich śmierć pozostaje niezrozumiała. Najlepszym tego przykładem była reakcja Ministra Środowiska, który w obawie przed opinią publiczną, podjął decyzję o wstrzymaniu odstrzału łosi do celów... badawczych.

Po trzecie, stosunek nowoczesnego społeczeństwa do śmierci oraz jej instytucjonalizacja.To niezwykle ważne zagadnienie, doskonale ilustrujące zmiany, które dokonały się na przestrzeni lat. Urbanizacja wraz z ogromnym postępem cywilizacyjnym - rozwojem kosmicznych technologii, nauki, medycyny – stworzyły piękną iluzję, w której człowiek łamiąc kolejne bariery, niejako wyrywa się prawom natury. Wszystko, co nie pasuje do tego jakże optymistycznego obrazka, siłą rzeczy musiało  ulec marginalizacji. Tak też stało się ze śmiercią – wstydliwą, nieuniknioną, nieodwracalną, a przez to chętnie zamiataną pod dywan. Paradoksalnie, ciężkie doświadczenia XX wieku, bynajmniej nie zwiększyły świadomości przemijania wśród społeczeństw. Zamiast tego ukształtował się obraz śmierci bezosobowej, która, owszem, przeraża – ale swą masowością. Nieprzypadkowo Zenon Kruczyński i Tomasz Matkowski operują właśnie liczbami zwierzyny zabitej przez myśliwych. Także postępująca sekularyzacja wraz ze zmianą modelu rodziny w istotny sposób kształtują stosunek do śmierci. Odrzucenie religii, pełniącej rolę terapeutyczną oraz pozwalającą pogodzić się ze śmiercią, pozostawia człowieka bezbronnym wobec wizji własnego kresu. Ów bezbronność jest wzmagana przez osamotnienie, będące konsekwencją instytucjonalizacji śmierci. W dzisiejszych czasach dziadek nie umiera w domu na oczach wnuków – śmierć jest delegowana wraz z nim do kliniki. Dzieci nie czuwają wraz z dorosłymi przy otwartej trumnie, za to coraz częściej widzą „słoiczek z prochami”. Podobnie  jest ze śmiercią zwierząt. Ojciec nie wyprowadza starego psa za dom, tylko jedzie z nim na zastrzyk do weterynarza. Żywot świni czy kury nie kończy się na podwórku, lecz w ubojni. Wszystko to skutkuje brakiem doświadczenia śmierci, potęgując dramat i cierpienie psychiczne. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji jedyne „panaceum” nowoczesnego człowieka sprowadza się do stosowania prostej strategii – „nie myśleć i nie widzieć”.

Po czwarte, urbanizacja. Można by rzecz – nasza gnębicielka. To ona jest składową wielu niekorzystnych zjawisk – m.in. przez niszczenie więzi z naturą. Jednak ograniczę się do omówienia tylko dwóch problemów. Pierwszy stanowi konflikt na linii miasto-wieś, który stopniowo zyskuje na sile, nawet w takich krajach jak Norwegia. Charakterystycznymi punktami zapalnymi owego sporu są ochrona wszelkich drapieżników, walka o prawa zwierząt, a także trend do tworzenia „Świętych Gajów”, czyli obszarów wyłączonych z ludzkiej ingerencji. To umiłowanie przyrody całym sercem, przy jednocześnie skromnych zasobach wiedzy na jej temat,  jest wpisane w nurt Bambizmu. Świetną ilustrację powyższego stanowi spór dotyczący powiększenia obszaru Białowieskiego Parku Narodowego, w którym miastowi wyraźnie próbują narzucić swoją wolę mieszkańcom terenów wiejskich. Identyczny scenariusz czeka obecne myślistwo. Nie powinna dziwić stronniczość mediów w tym konflikcie. Wszak telewizje, gazety, radia etc. nie mają siedzib w Koziej Wólce, lecz w metropoliach, co siłą rzeczy musi rzutować i rzutuje na kształt ich przekazu. Drugim interesującym zjawiskiem jest coraz bardziej dostrzegalny  w zachodniej Europie problem wpływu ograniczonego kontaktu z przyrodą na rozwój dzieci.  Został on zdefiniowany przez Amerykanów jako Nature Deficit Disorder (zaburzenie związane z niedoborem przyrody). Powodów jest wiele: nadopiekuńczość rodziców, rosnąca presja konstruktywnego wykorzystywania każdej chwili, zmiana modelu spędzania wolnego czasu etc. Dochodzi do paradoksu – dzieci uczą się w szkole o lasach Amazonii, natomiast nie potrafią powiedzieć nic o otaczającej ich przyrodzie. Nie doświadczają jej. W efekcie jawi się ona jako czysta abstrakcja, zaś u najmłodszych pojawiają się problemy zdrowotne (np. otyłość) oraz psychiczne (np. zaburzenia koncentracji). Zdaję sobie sprawę, że opisywane zjawisko w polskich realiach trąci science-fiction, jednak jest wyłącznie kwestią czasu, kiedy i my dochowamy się „pokoleń NDD”. Zresztą grunt jest starannie przygotowywany. Na własnej skórze mogłem przekonać się, że wiedza uczniów na temat lokalnej flory i fauny stoi na żenującym poziomie. W dodatku nieliczni, młodzi pasjonaci przyrody trafiają pod skrzydła takich organizacji jak Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, dostając po głowie od myśliwych i leśników. A przecież wcale tak być nie musi.

 Do innych przyczyn składających się na nieprzychylny odbiór polskiego myślistwa należy zaliczyć uwarunkowania historyczno-prawne, o których pisał już Kolega Miłosz Kościelniak-Marszał, czy po prostu pieniądze. Naturalnie to nie wszystko.

Jednak najważniejsze, by odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy do powyższej scenerii pasuje troglotyda, który nie dość, że publicznie chwali się zadawaniem śmierci, to jeszcze wywiesza efekty swojej działalności na ścianie? Czy może liczyć na akceptację ze strony takiego społeczeństwa? Wreszcie, co z tym fantem robić?

Na początek proponuje przestać się dziwić - że prezydentowi naszego kraju nie wolno polować, że Minister Kraszewski przoduje we wciąganiu kolejnych gatunków za parawan ochrony, że zostaliśmy wykopani z Otuliny Białowieskiego Parku Narodowego, że nasze środowisko obrzucane jest medialnym błotem, że już w tej chwili rodzą się pomysły zakazu polowań na ptactwo. To zaledwie przedsmak tego, co nas czeka.

                                    
Wojciech Bołoz

Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji w Polityce plików cookies