Wspólny złotomedalowy rogacz

Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

Zaczął się już sierpień i z niecierpliwością oczekiwałem na umówiony wcześniej telefon od Bogdana, żeby usłyszeć … Michał przyjeżdżaj ! Ruja u saren osiągnęła swoiste apogeum, zapowiada się dobre polowanie. Wiadomość tę przyjąłem z niezwykłym entuzjazmem i po normalnych w takiej sytuacji przygotowaniach wyjechałem do Koźmina. Ilekroć jadę z Wałbrzycha do mojej rodzinnej miejscowości i przejeżdżam przez piękne bory milickie, to te wspaniałe uroczyska wyzwalają u mnie nie tylko wspomnienia minionych przygód łowieckich, lecz także uruchamiają moja wyobraźnię, jakim to szczęściem łowieckim obdarzy mnie Św. Hubert, abym mógł w drodze powrotnej wspominać nowe- dobrze zapisane w pamięci przeżycie myśliwskie.

Nie wiem czym to wytłumaczyć, ale w to sierpniowe przedpołudnie, zanim dotarłem do celu byłem dziwnie przeświadczony, że wspólne polowanie na rogacze z moim serdecznym i wypróbowanym przyjacielem Bogdanem będzie kolejną ,interesującą ,myśliwską przygodą.

Polowanie na rogacze mimo, że już ich „trochę” w moim żywocie łowickim upolowałem, dostarcza mi zawsze moc wrażeń i każde z nich tak samo wyjątkowo emocjonalnie przeżywam.

Po serdecznym przywitaniu i jeszcze przed pierwszym wieczornym wyjściem na polowanie, Bogdan pokazał mi świeżo spreparowany łeb rogacza mówiąc … muszę się nim pochwalić ! Złożyłem gratulacje widząc w Jego ręce pięknego, mocnego „widłaka” o dużej masie poroża a On widząc w moich oczach zachwyt ,odwzajemnił się życzeniem „... obyś zdobył równie piękne trofeum”- dodając- … „strzeliłem go w pobliżu miejsca, w którym dwa lata wcześniej ty stałeś się usatysfakcjonowanym zdobywcą pięknego widłaka nie tak mocnego, ale jakże podobnej formie poroża”. Na to polowanie nie przyjechałem jak zwykle ze swoim „Remingtonem 223”, lecz zabrałem użyczonego mi przez syna „Männlicher'a - Schoenauer'a 6,5x54”. Każdy z myśliwych jest trochę zabobonny i ta broń, która mi się wyjątkowo podobała i z którą jeszcze nie polowałem oraz te życzenia Bogdana jak również nadzieja, którą wiązałem z tym przyjazdem, nastrajały mnie jakiś dziwnym optymizmem, a zarazem przekonaniem, że zaczynam to polowanie pod dobrymi auspicjami. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy wieczorne wyjście w łowisko mnie zawiodło gdy tylko z daleka obserwowałem dość dużo saren oraz liczne przeganiające się rogacze. Tak samo mniej więcej przebiegało polowanie na „rannym wyjściu” i dopiero w tym samym dniu – pod wieczór, upolowałem rogacza – przeciętnego „selekta” - a to już dało mi odrobinę satysfakcji.

Pozostały mi jeszcze w zanadrzu tylko dwa wyjścia w łowisko, ponieważ tak się wówczas jakoś złożyło, że musiałem wcześniej wracać do Wałbrzycha. Nad ranem – jeszcze dobrze przed świtem, Bogdan jak zwykle zarządził pobudkę i nie wiem czym to wytłumaczyć, że wyjątkowo raźno wstałem z głębokim przeświadczeniem, że coś ciekawego wydarzy się na polowaniu. Kiedy już znaleźliśmy się w łowisku przy pięknej pogodzie mój optymizm nie malał, bowiem tu i ówdzie spotkaliśmy kozły w towarzystwie saren z tym, że niestety – rogacze te były na ogół mocnymi szóstakami nie nadającymi się do odstrzału.

Gdy już pozostały Nam tylko do sprawdzenia tereny przy rzece Orli w okolicy Skałowa oraz tzw. „trójkąt” między Skałowem a Psim Polem, to mój początkowy myśliwski optymizm zmalał niemalże do zera. Obserwując jednakże teren przy Orli w okolicy Skałowa zauważyliśmy sarny zaangażowane w godowe gonitwy. Rozpościerające się nad rzeka w niektórych miejscach mgły oraz pięknie wschodzące słońce rozświetlające różnymi odcieniami zieleń nadrzecznej łąki, tworzyły na tle otaczających ją pól niezapomniany ,sierpniowy, wielkopolski pejzaż. Zaczęliśmy się skradać w stronę rzeki wykorzystując po drodze wszelkie możliwe naturalne zasłony. W końcu dotarliśmy – nie płosząc zwierzyny, do pryzmy kiszonki oraz leżących na polu obok niej balotów i wówczas ponownie „lornetując” teren zauważyliśmy rogacza, który „krył” sarnę, a ponadto uganiające się wokół inne kozły. Bogdan zwrócił się do mnie szeptem … „bądź przygotowany do strzału – spróbuję zawabić rogacza”. Po pierwszym zawabieniu wyraźnie zauważyłem natychmiastowa reakcję kozła, który zaczął się szybkim truchtem zbliżać w stronę rzeki i obserwując go w lornetce stwierdziłem ,że jest widłakiem.

Gdy nadal reagując na wabienie zdołał się już przybliżyć na odległość strzału, oparłem się o balot i wykorzystując zasłony z krzaków, przygotowałem się do oddania strzału. W momencie gdy rogacz wysunął się zza pobliskich zarośli w luniecie ujrzałem imponujące parostki dorodnego widłaka.

Każde polowanie kieruje się swoistą dramaturgią, przy czym nie zawsze dobrym reżyserem jest sam myśliwy. Nie byłem w stanie zapanować nad emocjami. Bogdan ponaglał mnie do oddania strzału i słusznie, ponieważ rogacz zaczął się kierować w stronę pobliskich trzcin i gdyby się w nie zaszył, to wówczas pozostałbym bez szans na oddanie strzału.

W ostatnim momencie naciągnąłem przyspiesznik i pociągnąłem za spust zauważając , że rogacz przyjął kulę z tym, że dziwnie ją „skwitował” uchodząc zarazem w rozległe trzcinowisko nad rzeką. Za tak oddany strzał spotkała mnie nagana ze strony Bogdana i zrobiło mi się głupio. Powiedziałem tylko gwoli usprawiedliwienia, że miałem trudności z opanowaniem emocji. Udaliśmy się obaj na miejsce strzału starając się znaleźć ścinkę bądź krople farby, które umożliwiłyby nam skuteczne poszukiwanie rogacza w rozległym trzcinowisku. Kiedy poszukiwania te okazały się bezowocne, a nadal byliśmy utwierdzeni w przekonaniu, że rogacz został trafiony, Bogdan zdecydował o kontynuowaniu poszukiwania postrzałka ale już przy pomocy psa i w tym celu pojechał do domu po wypróbowaną już nieraz w takich okolicznościach „Gajkę ” - terierkę walijską. Oczekiwałem z niecierpliwością na przyjazd Bogdana, pełen niepokoju, co do dalszego rozwoju wydarzeń.

Kiedy jednak zobaczyłem „Gajkę ”, z którą Bogdan wysiadł z samochodu, nabrałem otuchy i dziwnego przekonania, że może dalszy ciąg tego spektaklu, ale już reżyserowanego przez „terierkę” zakończy się sukcesem. Umówiliśmy się z Bogdanem w taki sposób, że On przejdzie przez Orlę oraz oddali się z psem w stronę wsi , a potem idąc brzegiem rzeki będzie się zbliżał w moją stronę. Ja tymczasem miałem bacznie obserwować teren, abym w każdym momencie mógł oddać strzał do podnoszącego się ewentualnie rannego kozła .Widziałem z daleka jak Bogdan dużym zakolem zbliża się do rzeki po czym idąc z psem jej brzegiem kieruje się w moją stronę przechodząc po drodze przez napotkane zarośla i rozległe trzcinowiska.

W pewnym momencie krzyknął … Michał uważaj ! Gajka przedziera się przez rzekę bo coś zwietrzyła . Byłem o tym tak samo przekonany jak Bogdan, ponieważ wiedziałem ,że Gajka nie przepada za wchodzeniem do wody ,a jeśli to zrobiła to „coś” w tym musi być.. Napięcie we mnie narastało i oczekiwałem ze zniecierpliwieniem na dalszy rozwój wydarzeń i moment kiedy pies zacznie „stanowić” rannego rogacza. Po pewnej chwili usłyszałem jednakże miły dla myśliwego w takich przypadkach, a dla mnie wówczas wyjątkowo sympatyczny, miarowy głos „Gajki”. Był to ,aż nadto czytelny sygnał, że pies znalazł rogacza. Nie czekając już chwili dłużej, wszedłem w zarośla i kierując się za głosem psa przedarłem się z wysiłkiem poprzez plątaninę wysokich trzcin docierając do miejsca gdzie leżał znaleziony przez „Gajkę ” martwy już rogacz. Uwagę moją przykuły wspaniałe jego parostki i krzyknąłem … „Bogdan! Przyjdź podziwiać”.

Zacząłem sprawdzać gdzie trafiłem kozła i okazało się, że strzeliłem go na bardzo spóźnioną komorę i to było przyczyną trudności związanych z jego poszukiwaniem. Oczekując na Bogdana napawałem się pięknemu strzelonego rogacza, wielkością tuszy oraz wspaniałą barwą jego sukni, jak również nie mogłem wyjść z podziwu nad skuteczną pracą terierki i jej niezawodnym nosem.

Po stosownej myśliwskiej celebrze a następnie zatknięciu „złomu” w myśliwskiej czapce, odebrałem życzliwe gratulacje myśliwskie od Bogdana. Nigdy piękniej nie brzmiało mi w uchu Jego nader serdeczne „Darz Bór”. Nie wspomnę już jak niesamowicie dumna była też „Gojka ” i ona oczywiście zasłużyła sobie również na oddzielne gratulacje. Cóż mogłem więcej zrobić ponad to, że ją wyjątkowo ciepło pogłaskałem. Zdawała sobie sprawę ze swojego sukcesu i napawała ją wówczas autentyczna psia duma. Tak to odebrałem. Wiedziałem też, że tego typu sukcesów już trochę zaliczyła, a jej wyjątkowe umiejętności są znane nie tylko miejscowym myśliwym, którym niosła nie raz pomoc w sytuacjach prawie beznadziejnych.

Potem miała już miejsce zwykła myśliwska proza: patroszenie i transport kozła do punktu skupu. Gdy już wracałem do Wałbrzycha otrzymałem telefon od Bogdana … Michał ! Kaziu ! … (myśliwy prowadzący punkt skupu) jest zachwycony trofeum, które waży po wygotowaniu – i teraz trzymaj dobrze kierownicę – 670 gramów”. Pomyślałem wówczas – jest chyba złoty medal. Co się zresztą później potwierdziło. Wspomniałem już, że Bogdan przy powitaniu pokazał mi trofeum pięknego widłaka, którego strzelił przed moim przyjazdem w dniu 2 sierpnia 2015r. Mnie natomiast przyjemność, którą opisałem, spotkała 7 sierpnia 2015r., mniej więcej w tej samej okolicy. Interesująca jest również bliźniaczo podobna forma tych dwóch poroży. Komisje Oceny Trofeów wyceniła trofeum Bogdana na 115,8 pkt C.I.C. przyznając medal srebrny, natomiast pozyskane przeze mnie parostki zostały wycenione na medal złoty przy przyjęciu 137,35 pkt C.I.C.

Trofea te wraz z certyfikatami i dyplomami uzupełniają eksponaty zgromadzone w siedzibie Koła Łowieckiego „Dzik” w Koźminie.

Opowiadanie to w całości dedykuję mojemu serdecznemu i bliskiemu Przyjacielowi Bogdanowi, chcąc przez to wyrazić moje największe dla niego uznanie nie tylko za Jego długoletnie „łowczowanie” w Kole, lecz przede wszystkim za stworzenie Edukacyjnego Ośrodka Przyrodniczo – Łowieckiego przy Kole Łowiecki „Dzik” w Koźminie. Przyznam szczerze, że kiedy Bogdan po raz pierwszy zdradził mi zamiar stworzenia takiego Ośrodka z przesłaniem, że pojęcie łowiectwa nie może być definiowane z pominięciem nauki i sztuki, to uznałem to zadanie za nierealne. Mój dystans do realizowanego przez Bogdana przedsięwzięcia malał, jednakże kiedy obserwowałem poszczególne etapy tworzenia Ośrodka. Gdy zaś finalnym efektem stało się plastyczne zwieńczenie jego autorskiej myśli, że … „łowiectwo to nauka i sztuka do których zaliczamy w kolejności : biologię, ochronę środowiska, kynologie, historię i etykę, literaturę, oraz z drugiej strony malarstwo, architekturę , rzeźbę i muzykę”, i gdy znalazło to odzwierciedlenie w opracowanych do poszczególnych dziedzin tablicach poglądowych to uznałem, że miał mój Przyjaciel rację, przekonując mnie do sensu istnienia tej oryginalnej myśliwskiej wszechnicy. Ocenę taką podzielili między innymi także wizytujący ten Ośrodek w dniu 27 października 2015r. Łowczowie Okręgowi z Legnicy, Leszna i Wałbrzycha, nie ukrywając, że nie spotkali się jeszcze z powstanie placówki o takim charakterze na tak wysokim poziomie dydaktycznym. Swoje wrażenie streścili w jakże wymownym fragmencie wpisu do Księgi pamiątkowej- cytuję fragmenty - „pozostajemy pod wrażeniem przyświecającej wspaniałej idei …, że łowiectwo jest nierozerwalnie związane z nauką i sztuką oraz, że … „nie myśliwym przybliżamy, a myśliwym przypominamy”. Bogdanie! Jubileusze prowokują do ocen i pozwól, że dlatego dodam jeszcze: Jesteś wspaniałym myśliwym i wyjątkowym erudytą łowieckim. Zawsze ceniłem i cenić będę twą bogatą wiedzę łowiecką i mimo tego, że niekiedy dyskutując poróżnimy się ze sobą to wcale to nie oznacza, że Nasza przyjaźń wystawiana jest na próbę. Podziwiam Twoją energię i wysiłek włożony nie tylko w powstanie Ośrodka, lecz także w organizowanie ciekawych autorskich spotkań mających na celu przybliżenie łowiectwa i tkwiących w nim wartości tym wszystkim, dla których łowiectwo jest czymś zupełnie obcym.

Oprócz powyższych wyrazów uznania, niech świadectwem tego co zrobiłeś będzie pewien – nie wszystkim znany fakt mający miejsce po spotkaniu zorganizowanym w Ośrodku z nauczycielami gimnazjalnymi. Kiedy żegnałem się z jedną z nauczycielek, to wówczas w obecności pozostałych Pań zakończyła Ona pożegnanie słowami … „miałam wyjątkowo złe oceny o myśliwych i nie najlepsze o łowiectwie. Po tym co zobaczyłam, i co usłyszałam skłonna jestem diametralnie zmienić swoje stanowisko oraz gruntownie zreformować swoje niesprawiedliwe i krzywdzące opinie”. Bogdanie ! Niech ta ocena, tak przez tą nauczycielkę wyrażona, będzie należnym ci największym podziękowaniem.

„Per amicitam nostram”

Przez przyjaźń naszą

- Michał -

Wałbrzych – w lutym 2016r. 

Strona internetowa używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji w Polityce plików cookies